Home FelietonA jeśli zepsuje się samochód? A jeśli wysiądzie mi kręgosłup? O spokoju, na który trudno sobie pozwolić

A jeśli zepsuje się samochód? A jeśli wysiądzie mi kręgosłup? O spokoju, na który trudno sobie pozwolić

by Kaja Pettersdatter
0 comments

Co miesiąc zastanawiam się, czy wystarczy. Na rachunki, jedzenie, potrzeby córek. I czy tym razem nie wydarzy się coś, czego mój budżet już nie udźwignie. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że ktoś zwrócił uwagę na życie kobiet, którym trudno po prostu „zwolnić”.

Jejku, jak się cieszę, że ktoś wreszcie zwrócił na to uwagę.

Tak zareagowałam na zapowiedź felietonu Sylwii Chutnik w „Wysokich Obcasach”. Autorka pisała o slow life i o tym, jak trudno korzystać z podobnych rad, kiedy człowiek walczy o zaspokojenie podstawowych potrzeb. Tekst pochodzi z 2019 roku, ale poruszony w nim temat nadal mocno mnie dotyka.

Piszę to jako mama córek. Jako kobieta, która próbuje utrzymać dom i co miesiąc zastanawia się, czy wystarczy pieniędzy.

Bo nawet kiedy wszystko uda się policzyć, zostaje jeszcze jedno pytanie:

A co, jeśli coś się wydarzy?

Wystarczy — pod warunkiem, że nic się nie zepsuje

Może uda się opłacić wszystko. Może jeszcze jakoś poukładam pracę, obowiązki i wydatki.

Ale może rozwali się samochód.

A samochód to dla mnie możliwość dotarcia do pracy i ogarnięcia codzienności. Awaria oznacza więc więcej niż rachunek od mechanika. Od razu zaczynam myśleć: jak dojadę? Co z pracą? Skąd wezmę pieniądze? Który wydatek trzeba będzie przesunąć?

A może wysiądzie mi kręgosłup.

I wtedy obok strachu przed bólem pojawia się kolejny: co będzie, jeśli nie dam rady pracować? Kto przejmie obowiązki? Jak długo mogę pozwolić sobie na dochodzenie do siebie?

Tak wygląda życie, w którym spokój zależy od tego, czy przez następne kilka tygodni wszystko wytrzyma. Samochód. Budżet. Własne ciało.

„Odpocznij” — bardzo bym chciała

Odpoczynek jest potrzebny. Chciałabym mieć czas, żeby spokojnie usiąść, wyłączyć telefon i przez chwilę niczego nie planować.

Tylko że kiedy siadam, rachunki nadal istnieją. Zaległe sprawy nadal czekają. W głowie wciąż liczę i układam kolejne dni.

Dlatego rada „odpuść sobie” potrafi być tak trudna do przyjęcia. Chętnie bym odpuściła. Muszę jednak wiedzieć, co stanie się z tym, co zostawię.

Czy ktoś to przejmie? Czy może jutro wróci do mnie, tylko większe i pilniejsze?

Czasem nawet odpoczywam ze świadomością, że później będę musiała wszystko nadrobić. I trudno wtedy poczuć prawdziwą ulgę.

W Norwegii też można bać się końca miesiąca

Mieszkam w Norwegii. Dla kogoś patrzącego z zewnątrz może to oznaczać, że przecież powinno być dobrze.

Ale ja swój budżet liczę tutaj. Tutaj płacę za mieszkanie, prąd, jedzenie i samochód. Tutaj próbuję połączyć zarabianie z wychowywaniem dzieci. I to bajki, ze Social pokryje wszystko. Nie, nie pokryje. Albo pokryje do granic ubostwa, a ja mam inne aspiracje.

Sam adres nie sprawia, że znika lęk przed niespodziewanym wydatkiem.

Można pracować, szukać rozwiązań, brać na siebie kolejne obowiązki i nadal zastanawiać się wieczorem: czy w przyszłym miesiącu dam radę?

Zanim powiesz mi, że jestem silna

Wiem, że słowa „jesteś silna” zazwyczaj mają dodać otuchy. Czasem pomagają.

Ale czasem chciałabym móc odpowiedzieć: jestem również zmęczona. I boję się. I potrzebuję pomocy, nawet jeśli dotychczas udawało mi się jakoś wszystko poskładać.

Zaradność nie oznacza niewyczerpanych sił.

To, że kobieta wstaje rano i robi to, co trzeba, nie mówi nam jeszcze, ile ją to kosztuje. Ani czy wieczorem zostaje jej cokolwiek dla siebie.

Pomoc może być bardzo konkretna: odebranie dziecka, zrobienie zakupów, podwiezienie do pracy. Albo pytanie: „Co mogę wziąć na siebie w tym tygodniu?” — i gotowość, żeby rzeczywiście to zrobić.

Dlatego polecam ten tekst

Polecam felieton Sylwii Chutnik, bo … ze codzienny niepokój samotnej matki zasługuje na uwagę. I mozemy klocic sie kto jest samotny, kto samodzielny, kro ma partnera – ale pytanie jest kto bierze (albo inaczej kto musi wziac) odpowiedzialnosc. Bo ja jakbym mogla tez powiedzialabym – sorry pracuje, sorry jestem zajeta, sorry mam inne plany, ale to najczesciej matka musi sie dostosowac to ojcowego „sorry”…

Marzę o zwyczajnym spokoju. O miesiącu, w którym wystarczy. O samochodzie, który odpali. O zdrowiu, które pozwoli mi pracować i żyć, zamiast bez końca martwić się, jak długo jeszcze wytrzymam.

Chciałabym kiedyś odpocząć bez liczenia, ile będzie mnie ten odpoczynek kosztował.

A dzisiaj po prostu cieszę się, że ktoś o tym napisał.

Kaja | kurde.no

Polecana lektura: felieton Sylwii Chutnik w „Wysokich Obcasach”.

Może Ci się spodobać