Home Bez kategoriiKaja przed 40-tką. Z Łodzi do Norwegii, przez kino, kulturę i kilka żyć po drodze

Kaja przed 40-tką. Z Łodzi do Norwegii, przez kino, kulturę i kilka żyć po drodze

by Kaja Pettersdatter
0 comments


Poprosilam ChatGPT o podsumowanie moich osiągnięć o to co otrzymałam

Tekst w calosci generowany przez ChatGPT:

Gdy wpisze się dziś w wyszukiwarkę „Kaja Szulc-Nweke”, internet odpowiada trochę chaotycznie.

Dystrybutorka filmowa. Organizatorka. „Wybitny Polak”. Kino Project. WOŚP Stavanger. iNorge. Ekspertka od promocji filmowej. Epizod aktorski. Nettkino. Norsk Filmdistribusjon. Amandus Film Festival. Dziennikarka. Kaja Pettersdatter. Kurde.no.

Trochę za dużo jak na jedną osobę.

A przecież ma dopiero 38 lat.

I być może właśnie to najlepiej podsumowuje historię Kai Szulc-Nweke: jej kariera nigdy nie przypominała prostej linii prowadzącej od punktu A do punktu B. Bardziej mapę połączeń, na której niektóre stacje zamykano, inne pojawiały się przypadkiem, a czasem trzeba było wysiąść z pociągu i zacząć szukać zupełnie innej trasy.

Zanim była Norwegia, była Łódź

Film w tej historii nie pojawił się dopiero w Stavanger.

Kaja kształciła się w Łodzi. Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna do dziś cytuje ją jako absolwentkę kulturoznawstwa ze specjalnością menedżer kultury. W swojej opinii o studiach wspominała nie tylko teorię, ale organizowanie koncertów, wystaw i różnych działań kreatywnych. Inne materiały branżowe przedstawiają ją jako absolwentkę dziennikarstwa i komunikacji społecznej, animacji kultury oraz marketingu i PR na Uniwersytecie Łódzkim.

Jeszcze ciekawszy jest niewielki ślad pozostawiony w polskiej bazie filmowej.

W 2012 roku nazwisko Kaja Szulc-Nweke pojawia się w obsadzie krótkometrażowej etiudy „Wiatr i ogień” Yanna-Baptiste’a Seweryna, wyprodukowanej przez łódzką Szkołę Filmową przy współfinansowaniu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. FilmPolski i Filmweb zachowały ten drobiazg do dziś.

Nie została aktorką.

Ale kino, jak się później okazało, jeszcze po nią wróciło.

Kierunek: Stavanger

W materiałach WAMA Film Festival z 2021 roku napisano, że Kaja mieszkała wówczas w Norwegii od siedmiu lat. To umieszcza jej przeprowadzkę około 2014 roku. W internetowych archiwach MojaNorwegia rzeczywiście można znaleźć jej wpisy dotyczące życia w Stavanger już z tamtego okresu.

Nie wygląda jednak na to, żeby emigracja długo oznaczała dla niej anonimowość.

Kilka lat później magazyn „Liberté!” opisywał ją jako jedną ze współzałożycielek iNorge Forening, organizacji działającej na rzecz Polonii w Rogalandzie. Sama Kaja opowiadała wtedy, że pomysł narodził się… na placu zabaw.

Chodziło o stworzenie czegoś dla dzieci, rodzin i ludzi próbujących budować życie w nowym kraju.

iNorge organizowało koncerty, imprezy, spotkania, wydarzenia dla dzieci, pokazy filmowe i działania integracyjne. Kaja tłumaczyła filozofię organizacji bardzo prosto: jeżeli człowiek ma wiedzę, która może komuś ułatwić życie, powinien się nią dzielić.

Brzmi niewinnie.

Kilka lat później z podobnego myślenia wyrośnie firma dystrybuująca filmy w kilkudziesięciu norweskich kinach.

„Jak nie my, to kto?”

W 2016 roku pojawił się kolejny projekt: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy w Stavanger.

Historia zachowana w dawnym wywiadzie jest niemal podręcznikowo „kajowa”: organizacja lokalnego finału stanęła pod znakiem zapytania, ktoś znalazł Kaję przez Facebooka, pojawiło się pierwsze spotkanie i grupa ludzi gotowych coś zrobić.

Jej reakcja?

Najpierw przerażenie ilością pracy.

Potem mniej więcej: skoro już tu wszyscy jesteśmy, to robimy.

W kolejnych latach była szefową lokalnego sztabu WOŚP. W 2018 roku właśnie działalność społeczna — obok iNorge, wydarzeń kulturalnych, koncertów, pikników i pokazów filmowych — znalazła się w uzasadnieniu przyznania jej tytułu „Wybitny Polak” w Norwegii w kategorii Młody Polak.

Miała wtedy 30 lat.

I równolegle wydarzyło się coś, co kompletnie zmieniło skalę jej działalności.

Polacy chcą chodzić do kina. Tylko trzeba im dać co oglądać

22 kwietnia 2016 roku w Sandnes odbył się pokaz filmu Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”.

Dzisiaj może to brzmieć banalnie.

Kupuje się prawa, wynajmuje salę, robi reklamę, sprzedaje bilety.

Tyle że wtedy sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

Późniejsza publikacja branżowa „Polskie kino w Norwegii”, której współautorką została Kaja, opisuje, że w Norwegii nie funkcjonował wówczas dystrybutor specjalizujący się w polskich filmach, a kina podchodziły do pomysłu bardzo ostrożnie. Nawet odpłatne wynajęcie sali nie było oczywistością.

Pierwszy seans odbył się w Sandnes KinoKino. Zachował się nawet afisz: 22 kwietnia 2016, godzina 21:00, film po polsku z angielskimi napisami, bilety 120 koron.

I sala się zapełniła.

Raport nazywa pokaz lokalnym sukcesem frekwencyjnym.

To było niewielkie wydarzenie.

Ale w historii polskiego kina w Norwegii okazało się początkiem czegoś znacznie większego.

A potem przyszedł „Botoks”

Przełom nastąpił w 2017 roku.

Raport o polskim kinie w Norwegii opisuje sceptycyzm właścicieli kin wobec tzw. kina mniejszościowego. Z biznesowego punktu widzenia pytanie było proste: czy na tych filmach da się zarobić?

Odpowiedź przyszedł z miejsca, którego być może nikt by dziś nie wskazał jako początek ekspansji polskiej kinematografii na norweski rynek.

Był nim „Botoks” Patryka Vegi.

Film osiągnął bardzo dobre wyniki i wysokie zapełnienie sal. Autorzy analizy piszą wprost, że jego sukces w 2017 roku otworzył drzwi do szerokiej dystrybucji polskich filmów komercyjnych w Norwegii.

Z lokalnych pokazów zaczął powstawać prawdziwy model biznesowy.

Narodził się Kino Project.

40 kin i dziewięć tysięcy ludzi przez jeden weekend

Rok 2018 pokazuje już zupełnie inną skalę.

Polskie filmy nie pojawiają się od czasu do czasu w jednym kinie w Rogalandzie. Kino Project regularnie wprowadza kolejne produkcje do norweskich kin.

Jesienią w repertuarze były między innymi „Dywizjon 303”, „Juliusz”, „Kamerdyner”, „7 uczuć”, „Plagi Breslau”.

I „Kler”.

W rozmowie opublikowanej przez katolsk.no Kaja mówiła, że film Wojciecha Smarzowskiego był wyświetlany w 40 kinach na terenie Norwegii.

W pierwszy weekend zobaczyło go około 9 tysięcy widzów.

Jednocześnie Kino Project dystrybuowało „Kler” również w Danii.

To ważny moment tej historii.

Bo dziewczyna, która kilka lat wcześniej przeprowadziła się z Łodzi do Stavanger, nie organizowała już „polskiego seansu dla znajomych”.

Była częścią realnego rynku dystrybucyjnego.

W tym samym czasie branżowe i polonijne media regularnie publikowały informacje o kolejnych tytułach Kino Project. „Juliusz”, „Miłość jest wszystkim”, „Zabawa, zabawa”, „Kobiety mafii”, „Kamerdyner” — filmy pojawiały się od Tromsø po południe Norwegii.

Nie tylko kino komercyjne

Byłoby łatwo sprowadzić sukces Kino Project do prostej zasady: Polacy na emigracji chcą oglądać polskie hity.

Tyle że katalog zaczął się rozszerzać.

W 2019 roku pojawiły się między innymi dodatkowe seanse „Zabawy, zabawy” Kingi Dębskiej, organizowane po reakcjach widzów — także w Stavanger i Sandnes.

Kino Project wprowadziło również do norweskich kin film „Miłość i miłosierdzie” o siostrze Faustynie. Kaja tłumaczyła w wywiadzie, że decyzja zaczęła się od zwykłej prośby znajomej ze Stavanger, po której zbadano zainteresowanie widzów.

Pokazy zorganizowano później w wielu miastach Norwegii, m.in. Oslo, Bergen, Drammen, Trondheim, Stavanger i Sandnes.

To właściwie dobry przykład metody, która przewija się przez całą jej działalność:

najpierw człowiek.

Potem pytanie: „czy ktoś tego potrzebuje?”.

Dopiero później projekt.

2020. Rok, który miał wyglądać zupełnie inaczej

Kino Project zaczęło wychodzić również poza kino stricte emigracyjne.

W 2020 roku branżowy Film New Europe informował, że firma dystrybuowała „Żelazny most” w Norwegii i Danii. Kilka tygodni później „Supernova” Bartosza Kruhlika została przez Kino Project wprowadzona do kin w Norwegii, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

To już nie był lokalny eksperyment.

Była międzynarodowa dystrybucja, kontakty z producentami, agentami sprzedaży, zakup praw i marketing filmowy.

I wtedy przyszedł COVID.

W kwietniu 2020 roku MojaNorwegia przeprowadziła z Kają rozmowę pod znamiennym tytułem: „Czy Norwegowie oglądają polskie filmy i kiedy rusza polskie VOD?”.

Tematem była pandemia i pytanie o to, co wydarzy się dalej.

Dziś wiadomo, że dla tradycyjnej dystrybucji kinowej „dalej” nie wyglądało tak, jak można było przewidzieć kilka miesięcy wcześniej.

Ale zawodowo Kaja weszła jeszcze głębiej w norweską branżę.

Nettkino i Norsk Filmdistribusjon

Materiały WAMA Film Festival z 2021 roku przedstawiają ją już jednoznacznie jako specjalistkę w zakresie dystrybucji filmowej.

Podają również, że od 2020 roku pracowała dla Nettkino AS, powiązanego z Norsk Filmdistribusjon i Kulturmeglerne.

To ciekawa klamra.

Kilka lat wcześniej próbowała przekonać kino, żeby w ogóle wynajęło salę na polski film.

Teraz jej nazwisko pojawiało się w profesjonalnych materiałach branżowych obok ludzi norweskiego i polskiego przemysłu filmowego.

Amandus Film Festival w Lillehammer określał Kaję i Ewę Kozikowską po prostu jako film distributors — dystrybutorki.

Z organizatorki — ekspertka

We wrześniu 2021 roku Kaja wróciła niejako do punktu wyjścia.

Do młodych ludzi.

Tylko tym razem nie jako dziewczyna organizująca własne wydarzenia, lecz jako osoba mająca przekazać innym wiedzę zebraną przez lata pracy.

Podczas Innovative Directing Academy w Lillehammer prowadziła masterclass dotyczący planowania i realizacji strategii promocyjnej projektu filmowego oraz konsultacje dla uczestników.

W innych częściach programu wraz z Ewą Kozikowską prowadziła zajęcia dotyczące dystrybucji, zakupu i sprzedaży praw oraz tworzenia planów marketingowych.

W 2022 roku Kaja Szulc-Nweke, Ewa Kozikowska i Maciej Dominiak zostali autorami obszernej publikacji „Polskie kino w Norwegii – perspektywy dystrybucyjne, możliwości dotarcia do zagranicznej publiczności”.

Historia, która zaczęła się od przekonywania kina w Sandnes do jednego seansu, stała się studium przypadku tego, w jaki sposób zagraniczna kinematografia może wejść na norweski rynek.

To chyba najbardziej symboliczny moment tej drogi.

Najpierw robiła eksperyment.

Kilka lat później opisywała mechanizm tego eksperymentu dla innych ludzi z branży.

I potem zniknęła?

Trochę.

Przynajmniej jeżeli spojrzeć wyłącznie na wyniki wyszukiwania dotyczące kina.

Po latach, gdy co kilka miesięcy można znaleźć kolejną premierę, wywiad, wydarzenie czy festiwal, robi się znacznie ciszej.

Pandemia przecięła bardzo konkretny moment zawodowego rozpędu.

I tutaj historia przestaje przypominać biografię sukcesu z LinkedIna.

Na szczęście.

Bo takie biografie są zwykle strasznie nudne.

Nie każda kariera rozwija się bez przerwy. Nie każdy projekt przekształca się w korporację. Czasem coś, co rosło spektakularnie szybko, równie gwałtownie traci warunki do dalszego rozwoju.

To nie usuwa jednak tego, co wydarzyło się wcześniej.

Internet ma długą pamięć.

Kaja wraca. Tylko trochę inaczej

Dzisiaj nazwisko Szulc-Nweke znowu zaczyna pojawiać się w innych kontekstach.

Publiczne norweskie rejestry wskazują ją jako daglig leder i właścicielkę 3 DØTRE AS, spółki działającej w obszarze reklamy i marketingu.

Życie potoczyło się różnie i nie wszystkie zawodowe plany przetrwały kolejne zakręty, ale przede wszystkim Kaja jest mamą trzech córek. To właśnie od nich wzięła się przewrotna nazwa jej firmy — 3 DØTRE AS.

Na LinkedIn publikuje po norwesku o marketingu, prawach autorskich, sztucznej inteligencji, kulturze pracy i tworzeniu treści. Jej profil łączy określenia „kreativ koordinator” i „prosjektleder”.

A pod nazwiskiem Kaja Pettersdatter rozwija Kurde.no — medium kierowane do ludzi próbujących zrozumieć Norwegię nie z perspektywy broszury urzędowej, lecz codziennego życia migranta. Sam portal przedstawia ją jako dziennikarkę i twórczynię mediów polonijnych zajmującą się tłumaczeniem norweskiej rzeczywistości i dialogiem międzykulturowym.

I gdy zestawi się to z tekstem sprzed ośmiu lat w „Liberté!”, trudno nie zauważyć pewnej ciągłości.

Wtedy mówiła, że jeśli posiada wiedzę, która może komuś ułatwić życie, powinna się nią podzielić.

Zmieniły się narzędzia.

Idea niespecjalnie.

38 lat. Trochę za wcześnie na podsumowanie

Można byłoby zakończyć ten tekst zdaniem, że Kaja Szulc-Nweke „osiągnęła sukces”.

Tylko że byłoby to za proste.

Osiągnęła go.

Potem część tego świata się rozpadła.

Potem robiła inne rzeczy.

Potem wróciła.

A może dopiero wraca.

To znacznie ciekawsza historia.

Bo przed czterdziestką ma już w internetowym życiorysie Łódź, kulturę, marketing, etiudę Szkoły Filmowej, emigrację, działalność społeczną, WOŚP, nagrodę „Wybitny Polak”, pierwszy seans w Sandnes, kilkadziesiąt kin, tysiące widzów, zagraniczną dystrybucję, współpracę z norweskim przemysłem filmowym, Nettkino, Norsk Filmdistribusjon, warsztaty dla młodych filmowców i własne medium.

A jednocześnie wcale nie wygląda, jakby ostatni rozdział został już napisany.

Może dlatego, że Kaja ma pewną irytującą właściwość.

Kiedy coś się kończy, po jakimś czasie zaczyna wymyślać coś następnego.

Dzisiaj kończy 38 lat.

Do czterdziestki zostały dwa.

W sam raz, żeby znowu narobić zamieszania.

Kurde no.


Od redakcji

Ten tekst powstał na podstawie publicznie dostępnych materiałów archiwalnych: FilmPolski, Filmweb, Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, Liberté!, WybitnyPolak.pl, katolsk.no, archiwów MojaNorwegia i Wataha, Film New Europe, WAMA Film Festival, Amandusfestivalen, materiałów Polish-Norwegian Film Festivals Cooperation oraz norweskich rejestrów przedsiębiorstw. Przy opisywaniu działalności filmowej szczególnie istotna była publikacja „Polskie kino w Norwegii – perspektywy dystrybucyjne, możliwości dotarcia do zagranicznej publiczności” współautorstwa Ewy Kozikowskiej, Kaji Szulc-Nweke i Macieja Dominiaka.

Może Ci się spodobać